Każdy ma swoją opowieść - Szkoła ze śląską tradycją.

Urodziłam się w 1912 roku. Niektórzy będą się oburzać, że piszę urodziłam się. Więc dobrze, pojawiłam się na świecie w 1912 roku. Nazywam się Szkoła Podstawowa Nr 2 w Pszczynie, ale nazywają mnie też ”Szkołą na Strzelnicy” lub po prostu „Dwójką”. Mam też imię, ale o tym opowiem później. Mój adres to Katowicka 47, ale stałam też przy Kattowitzer Straße oraz przy ulicy Armii Czerwonej i powiem Wam, wcale się nie przeprowadzałam. Moja historia jest częściowo historią Śląska i ludzi, którzy mieszkali w mojej okolicy.  Ale zacznę od początku…


30 marca 1912 zostałam oficjalnie otwarta i poświęcona. Byłam wtedy naprawdę malutka. Miałam tylko 4 klasy, ale już 200 uczniów. Było trochę ciasno, ale byłam bardzo dumna. Nazwano mnie Katolicką Powszechną Szkołę nr II. Oczywiście początkowo mówiono w moich murach po niemiecku, ale po plebiscycie na Śląsku Ziemia Pszczyńska wraz ze mną zostałyśmy przyłączone do Polski. I wtedy oficjalnym językiem nauczania stał się język polski. Jednak poza lekcjami na przerwach większość dzieci godała. Oto jak wspominają mnie moi pierwsi uczniowie. „Na tymat Dwójki można pedzieć, że od piyrszych lot istnienio była to śląsko buda. Zawdy uczyły tu rechtory. A szkolorze pisali na tabułkach abo heftach. Dziecka uczyły sie pisać, czytać, rachować i wiela innych praktycznych rzeczy. Dziołchy ćwiczyły sie w warzyniu abo sztrykowaniu, a synki zaś w chopskich robotach. Każdziutko rzecz musiała być zrobiono doporządku."

Wkrótce jednak stałam się zbyt mała dla prawie 400 dzieci.  Postanowiono więc mnie rozbudować. W 1937 roku miałam już 6 sal lekcyjnych, kuchnie do nauki gospodarstwa domowego, jadalnię, kancelarię, gabinet dla nauczycieli i pomieszczenie dla pomocy naukowych. W czasie budowy część moich uczniów pobierała naukę u mojej starszej siostry Katolickiej Powszechną Szkołę nr I. Możecie mi wierzyć, że wtedy we wrześniu na rozpoczęciu roku szkolnego 1937/1938 prezentowałam się naprawdę wspaniale. Miałam nawet oddział przedszkolny.

Ale 2 lata później wybuchła II wojna światowa. Nie były to dla mnie dobre czasy. Szkołę zajęły wojska hitlerowskie. Palono i niszczono moją bibliotekę oraz pomoce naukowe. Na szczęście katalogi uczniów udało się wywieść i dziś znowu znajdują się w moim archiwum. Na 5 długich lat stałam się szkołą niemiecką. Było mi bardzo smutno, że moi uczniowie za mówienie po polsku byli bici i karani. Aż nadszedł luty 1945 roku i mój budynek został zarekwirowany przez wojska sowieckie na szpital. Miałam wtedy poważnie uszkodzony dach, a na strychu i w obejściu znajdowały się liczne niewypały. Ach jakże się wtedy bałam i to nie o siebie, ale o dzieci, które biegły po moim podwórzu. Nie miałam się wtedy najlepiej. Wycofujący się Niemcy wywieźli część wyposażenia budynków, a wojską sowieckie  dokonały dewastacji reszty. Na 14 przedwojennych nauczycieli wróciło do mnie tylko 4.

Jednak dzięki wielu wspaniałym ludziom udało mi się funkcjonować, pomimo braków w opale, ławkach, kredzie i atramencie. Znowu słychać było godkę i radosny śmiech dzieci. Rok szkolny 1945/46 rozpoczęliśmy 4 września. Cieszyłam się, bo w ławkach szkolnych zasiadło 319 uczniów. Rodzice zapisali do mnie też 61 przedszkolaków. Z tych czasów zachowałam w moim archiwum pracę jednego ucznia z Polnych Domów, który napisał o mnie zadanie domowe: "Ucznie są roztomajte - jedne gizdy, co się cołki czos szturchajom i pyskują belfrom, a drugie mamisynki i przichlastki. Rechtory som takie se. Czasami sie znerwujom i jak najynci ryczom, abo i bez pamięci stawiają pały. Bajtle też im umiejom wlyź za skóra. A jak kto podpadnie dyrze, to jest z nim cołkiem źle. Frelki zaś w Dwójce momy gryfne, ale pierońskie gaduly. A rozprawiajom ino o łobleczyniu, maszkietach abo i zolytach."

Kolejne lata upływały nam na ciężkiej pracy nauczycieli i rodziców, którzy starali się zlikwidować skutki  wojny. Naprawiono mi dach, we wszystkich oknach znów były szyby, a w bibliotece powoli pojawiały się polskie książki. Nie uwierzycie, ale w moich murach uczniowie zaczęli mówiąc po francusku, gdyż  w ramach innowacji wprowadzono nauczanie tego języka w klasach starszych, w miejsce niemieckiego. Z czasów stalinizmu i PRL-u utkwił mi w pamięci fragment ulotki, którą przylepiono do mojej szyby. Treść brzmiała: „Stworzenie jednolitego systemu szkolnego całkowicie podporządkowanego PZPR i władzy PRL ma za zadanie ukształtowanie całego społeczeństwa na wzór komunistycznego ideału”. Z tamtych czasów pamiętam liczne czyny społeczne i pochody, w których brały udział dzieci. Uczniowie uczyli się obowiązkowo języka rosyjskiego. Większość z nich nadal na przerwach używała gwary. Starka jednego najducha z Poligonu wspomina: „Dziecka lotały po placu, skokały w gumę abo grały w cymbergraja. A jak kto dostoł bez łeb od belfra, to pewnikem zasłużył”. Wtedy na moim terenie zaczęły działać różne organizacje młodzieżowe: ZHP, PCK i Spółdzielnia Uczniowska.

Teraz muszę dotrzymać obietnicy z początku opowieści. W przedwojennych dokumentach znajdujących się archiwum nie ma żadnej wzmianki o moim imieniu. Prawdopodobnie z racji tego, że znajdowałam się niedaleko kościoła pod wezwaniem Św. Jadwigi i mnie przypisywano opiekę tej patronki. Na świadectwach szkolnych od 1938 roku pojawia się zarówno imię św. Jadwigi jak i królowej Jadwigi (chociaż są to dwie różne osoby). Po reformie szkolnictwa (ok. roku 1954) przemianowana zostałam na Szkołę Ogólnokształcącą Stopnia Podstawowego nr 2. 13 listopada 1963 roku ówczesne władze nadały mi imię Lucjana Szenwalda. Imię to nosiłam przez kolejnych 45 lat.

W latach 1972-1975 z inicjatywy grupy rodziców dobudowano mi wspaniałą salę gimnastyczną. Poczułam się wreszcie godna mojej starszej siostry Jedynki. Moi uczniowie nie musieli już ćwiczyć na korytarzu. A było ich coraz więcej. W 1981 roku miałam 648 uczniów w 21 oddziałach. Wkrótce historia zatoczyła koło i znowu na lekcjach można było usłyszeć język niemiecki. Nikt już jednak nikogo nie prześladował za mówienie po polsku.  Dzieci uczyły się też języka angielskiego. Ale nadal na  przerwach można było usłyszeć karcący głos nauczyciela dyżurującego: „Nie siedzieć mi na tym zolu, bo chycicie wilka”.

Rok 2000 przywitałam jako 6-klasowa szkołą podstawowa. W 17-tu oddziałach uczyło się 403 uczniów. Obok biblioteki powstała izba regionalna  z mottem na ścianie „Przedmioty żyją dłużej niż ludzie”. W jednym kącie stoi szafa, a w niej 20 przepięknych strojów śląskich. Każdy bajtel chcioł tańczyć w zespole ‘Młode Pszczynioki” i występować na Małym Brzymie. Każdy Szkolorz znoł hymn szkoły „Jak żech chodził do szkoły, uczyły mnie rechtory…”. A ja cóż, znowu się poszerzyłam o 3 dodatkowe sale lekcyjne, szatnię i nowy pokój nauczycielski.

31 marca 2009 roku (po dwóch latach starań) nadano mi imię Jadwigi Śląskiej. Wybór Księżnej Jadwigi Śląskiej na moją patronką nie jest przypadkowy i oznacza chęć powrotu do Śląskiej tradycji oraz ukierunkowuje pracą wychowawczą. Nauczyciele mogą kształtować wśród uczniów postawy pojednania, współpracy między narodami, tolerancji, szacunku dla każdego człowieka. Symbolem takich wartości jest owa święta, Księżna Jadwiga Śląska- opiekunka śląskiego ludu, patronka Śląska i Europy.

Moja opowieść dobiega końca. W 2012 roku obchodziłam urodziny. Jak na stulatkę prezentuję się okazale. Mam nową elewację, wokół utwardzony teren i łącznik pomiędzy budynkami, tak że moi uczniowie biegnąc na obiad nie muszą przeskakiwać przez kałuże. Znów w moich murach pojawili się harcerze i podobnie jak ich koledzy sprzed lat starają się być przykładem dla innych. Dzieciaki w prezencie na urodziny zasadziły na moim podwórzu dąb i zgadnijcie jakie imię mu dały?

Wspomnienia Dwójki spisała Beata Hellwig- dyrektor szkoły

 

Bibliografia:

  • Pszczyna monografia historyczna/Oświata – Halina Nocoń
  • Szkoła na Strzelnicy monografia – Barbara Wagstyl
  • Archiwum Szkoły Podstawowej Nr 2 w Pszczynie

Praca zajęła III miejsce w III Konkursie Dziennikarskim im. Agnieszki Wojtali organizowanym przez redakcję  "Gazety Pszczyńskiej", Starostwo Powiatowe w Pszczynie i Urząd Miejski w Pszczynie.